Kochanka Wittgensteina David Markson
Długo czekała na swoją kolej. Książkę kupiłem w styczniu 2024 roku w sklepie internetowym PIWu, razem z biografią Camusa Virgila Tanase i Dlaczego liberalizm zawiódł Deneena. Te dwie ostatnie kupić chciałem, Kochankę… dorzuciłem dla darmowej wysyłki. Dorzuciłem nie wiedząc nic o autorze, o książce, tylko i wyłącznie z uwagi na nazwisko Wittgensteina w tytule. Proszę się śmiać, nie przeszkadza mi to, staję w prawdzie, tak było.
Dwie ostatnie książki przeczytałem już dawno, biografia Camusa ciekawa, aczkolwiek nieco zbyt czołobitna, omijająca rafy życiorysu pisarza szerokim łukiem, Deene natomiast okazał się reakcyjnym gówienkiem, które - jeśli rzeczywiście cieszy się tak ogromną popularnością wśród kręgów Nowej Prawicy w Stanach - pozwala zrozumieć intelektualną miałkość tej zgrai.
Kochanka Wittgensteina czekała na swoją kolej ponad rok. Przeczytałem ją trochę spontanicznie, szukając trochę na oślep, po Czeluści Kańtoch sprezentowanej prosto z serca Powergraphu (dzięki!), wciąż niczego o autorze i książce nie wiedząc. Przekartkowałem, przeczytałem blurba i opisy na skrzydełkach obwoluty i mina mi nieco zrzedła.
Okazało się, że mam do czynienia z eksperymentem literackim, książką przedziwną, i to na bardzo głębokim poziomie. Nie jest to książka dziwna na podobieństwo Domu z liści, gdzie rozpada się sama czcionka, litery zlewają się w jedno, a linijki mieszają ze sobą; ani też nie jest to Finneganów Tren, gdzie nie wiadomo ile tam tak naprawdę postaci występuje.
To jest książka dziwna swoją nudą, powtarzalnością, szaleństwem i rozpaczą samotności owocującej rozpadającą się osobowością. Oto kobieta znajduje się nagle w świecie pozbawionym innych ludzi, oraz zwierząt, kobieta wykształcona artystycznie, malarka, dysponująca ogromną wiedzą na temat historii sztuki, która to wiedza okazuje się w nowych okolicznościach kompletnie zbyteczna, zamienia się w źródło rozrywki dla czytelnika, który niczym Kapitan Ameryka w Avengersach może z radością czasami krzyknąć “Załapałem! Zrozumiałem to odniesienie!”. Mi te momenty zdarzały się rzadko, nigdy nie fascynowałem się malarstwem, a już na pewno nie jego historią, więc niemal każdy z tysięcy akapitów tej książki mógłby być dla mnie początkiem pięknej przygody, poszukiwań internetowych…
Ale było tego stanowczo za dużo.
Treść podzielona jest na akapity, krótkie, jednozdaniowe, może dwu, a w niemal każdym wspomniany jest malarz, pisarz, rzeźbiarz, albo przynajmniej muzeum.
Często dziwne, niepowiązane ze sobą, albo też powiązane w zaskakujący sposób. Jakby celowo łamiący nasze oczekiwania.
Bo czym są oczekiwania jeśli nie zaproszeniem do rozczarowania?
Tak właśnie czyta się tę książkę, pamiętnik pisany wedle deklaracji samej narratorki okazjonalnie, z przerwami liczonymi w tygodnie, bardziej przypominający zbiór luźnych myśli, bez żadnej osi narracyjnej. Myśli pełnych wspomnianych wcześniej nawiązań, które nie wydają się czemukolwiek służyć poza… No właśnie.
Dość szybko przestałem zwracać uwagę na braki w swojej wiedzy i czytałem dalej, traktując całość jako monolog oszalałej kuratorki, malarki bez piątek klepki, skrywającej tajemnicę swojej kondycji gdzieś na dnie tej studni pełnej mieszaniny faktów, kłamstw i czegoś pomiędzy, przeważnie nudnej, ale bywa i wciągającej, jak wątek monet malowanych przez uczniów Rembrandta na podłodze pracowni, by wiecznie spłukany mistrz schylał się po nie i przeżywał rozczarowanie. Nie sprawdzałem, czy Wittgenstein rzeczywiście oswoił mewę w Galway i czy Flaubert pisywał do van Gogha o prostytutkach. Podobnie jak bohaterka, która wydaje się wiedzę ostatecznie tracić, mieszają się jej fakty z fikcją, malarze rozdzieleni stuleciami mijają się w jej wspomnieniach na ulicy tego samego miasta. Jak więc ja, jako niewyrobiony artystycznie czytelnik mógłbym się w tym rozpoznać.
W swej bezczelności napiszę, że jednak to postawa prawidłowa. Tak właśnie powinno się tę książkę odbierać, nie sprowadzać jej do pozycji z serii 500 zagadek… a właśnie dać się porwać i poczuć się zmęczony, znudzony, rozśmieszony, a czasem osaczony.
Dlaczego jednak Wittgenstein w tytule?
“Świat jest wszystkim, co jest faktem.” - pierwsze zdanie Traktatu logiczno-filozoficznego Wittgensteina, ale również cytat z setnej strony polskiego tłumaczenia Kochanki Wittgensteina. Bohaterka miota się szukając sensu nie nazywając szukanego sensem, zamiast tego zastanawiając się, czy dom na plaży, który przypadkiem spaliła i którego pozostałości mija podczas spacerów to wciąż dom. Czy kot, którego - jest pewna - słyszała, buszującego w Koloseum, któremu wystawiała puszki - istniał właśnie dlatego, że go obserwowała?
Rozpad przeżywany przez bohaterkę sięga najgłębiej, traci ona samą umiejętność opisywania świata, a jak cytat z Wittgensteina mówi świat faktów nie istnieje. A czym jest fakt, jeśli nie aktem nazwania rzeczywistości?
Czy jest to w pełni poprawne odczytanie Wittgensteina? Udowodnij, że nie jest!
Czas na niespodziewany spoiler alert. Tak, naprawdę. Jeśli więc chcesz przeczytać Kochankę Wittgensteina i nie chcesz poznać mojej interpretacji książki, to już dalej nie czytaj.
Spodziewałem się, że zakończenie będzie stanowić jakąś wskazówkę interpretacyjną, nawet domyślałem się, co nią będzie, ale też wskazówki były, i to niekoniecznie subtelne.
Śmierć rodziców, małżeństwo z tych raczej nieudanych i śmierć dziecka. Trywialne życie bez żadnego większego sensu, pełne rozpaczy niczym nie uzasadnionej. Przebijająca się świadomość bohaterki, piszącej o zdjęciu, na którym jej martwy syn głaszcze kota, i to zdjęcie jest oczywiście tylko w jej głowie, nie na piętrze w domu, w sypialni, w szafce przy łóżku.
“Jakbym zamiast głowy miała jakieś cholerne muzeum, tak się czasem czuję.
Albo jakbym została kustoszką całego świata.”
Albo miała żyć z tą katastrofalną samotnością, w świecie po stracie. Pustym, pozbawionym rzeczy najważniejszych dla ciebie. Zniknęli ludzie, zniknęły zwierzęta, została bohaterka, została sztuka, ale co po niej, gdy widzimy jej zupełną daremność w walce z wszechobezwładniającą samotnością. Tak potężną, że aż unieważniającą rzeczywistość wokół bohaterki.
Czym ostatecznie są wiszące w muzeach obrazy wobec śmierci, dziecka, rodziców. Są tylko rekwizytami, które można ustawiać pod ścianami zgodnie z chwilową fantazją.
Męcząca, nudna i monotonna, czasem dowcipna i błyskotliwa, wzruszająca na koniec swoją zaskakującą sztampą. Kochanka Wittgensteina.